środa, 31 grudnia 2014

1. Nadzieja umiera ostatnia.

- Wchodzisz, czy będziesz stał tu jak idiota, czekając aż ktoś raczy cię zawołać? - Usłyszawszy to pytanie od razu wyrwałem się z zamyślenia, podnosząc głowę do góry i patrząc zdezorientowany na chłopaka, który do mnie przemówił.
- Ach tak, przepraszam. - Odpowiedziałem grzecznie i zapukałem do drzwi, na których widniała tabliczka z napisem "sekretariat". Po usłyszeniu "proszę", złapałem śmiało za klamkę i otworzywszy drzwi, wszedłem do środka.
       Przy wielkim, dębowym biurku siedziała kobieta, około czterdziestki, z założonymi na nosie okularami, pochłonięta pisaniem czegoś w wielkim zeszycie. Stałem tak przez dłuższą chwilę w progu. mierząc pomieszczenie wzrokiem. Był to przytulny gabinet koloru oliwkowego. Naprzeciw mnie stało duże, brązowe biurko, bogato zdobione. Na nim stał nieduży komputer i kilka warstw dokumentów. W oczy rzuciła mi się spora komoda z mnóstwem małych szuflad, które zresztą były podpisane. Prawdopodobnie w nich znajdowały się dokumenty wszystkich uczniów ze szkoły. Obok niej stała druga komoda, mniejsza, ale za to z większymi szufladami. 
Kobieta, oderwawszy się od pisania, poprawiła okulary i spojrzała się na mnie.
- Witam, ty jesteś pewnie tym nowym uczniem, który miał dojść dziś do klasy... - zamilkła na chwilę, po czym otworzyła jakiś zeszyt i przejechała palcem po jednej z kartek. Po chwili z powrotem na mnie spojrzała, kontynuując swoją wypowiedź. - 1F. Dominick Black jak się nie mylę. 
- Tak, to właśnie ja - Odpowiedziałem grzecznie.
- Zamknij drzwi i usiądź sobie, zaraz ci wszystko wytłumaczę. - Zwróciła się do mnie kulturalnie, wskazując gestem ręki na krzesło stojące obok biurka.
Wykonałem jej polecenie, zamykając drzwi i siadając na miejscu wskazanym przez  kobietę. 
- A więc przejdźmy do sedna sprawy. - Uśmiechnęła się delikatnie, po czym wstała i podeszła do mniejszej komody, otwierając pierwszą szufladę. Wyjęła z niej kilka kartek A4 spiętych razem i z powrotem wróciła do biurka. - Tu masz nasz regulamin szkoły. Mam nadzieję, że się z nim zapoznasz i będziesz wiedział jak należy się zachować w naszej placówce. - Podała mi go, po czym otworzyła szufladę w biurku i wyciągnęła mniejszą kartkę. - To natomiast jest twój plan zajęć. - Dała mi go, a ja od razu spojrzałem. o której godzinie zaczynają się lekcje. Miałem zwykle problemy z porannym wstawaniem, więc odetchnąłem z ulgą widząc, że zwykle mam na 8:55 albo 9:50.
- Rozumiem, oczywiście ze wszystkim się zapoznam na spokojnie w domu. - Odpowiedziałem grzecznościowo i uśmiechnąłem się.
- A więc chyba to by było na tyle co do regulaminu... - Zamilkła na chwilę, zastanawiając się czy oby o wszystkim mnie poinformowała. - Zapomniałabym. W szkole obowiązuje noszenie obuwia z miękką podeszwą. Karą za niezmienione obuwie jest płacenie 3 zł. Samorząd Uczniowski skrupulatnie sprawdza obuwie uczniów, chodząc po klasach. Nasza szkoła do tego posiada nowoczesne szafki, które można znaleźć w szatni. Niebieskie oznaczają klasy pierwsze, zielone: drugie, natomiast czerwone: trzecie. - Posłała mi szczery uśmiech i pogrzebała w szufladach w biurku, mrucząc pod nosem coś w stylu "gdzie ja to włożyłam?". - O! Tu jest! - Krzyknęła uradowana, dając tym samym do zrozumienia, że znalazła to, czego szukała przez dłuższą chwilę. Położyła tą tajemniczą rzecz na biurku, która okazała się zwykłą foliową koszulką z małymi, metalowymi kluczykami w środku. Na jej wierzchu narysowana była czarnym markerem rzymska cyfra "I" , więc wywnioskowałem, że chodziło o klasę pierwszą. Wyjęła pierwszy lepszy kluczyk i podała mi go. 
- Przepraszam, że zapytam, ale skąd mam wiedzieć, która szafka należy do mnie? - Zapytałem zdezorientowany, wpatrzony w metalowy przedmiot. 
- Otóż na brzegu kluczyka masz wyryte małe cyferki. One muszą się zgadzać z tymi cyframi na szafce. 
- Aha, rozumiem, a czy jest w szkole ktoś, kto mógłby mi pokazać szkołę? Jestem tu pierwszy raz, więc nie miałem okazji zapoznać się ze wszystkim, a obawiam się, że jak sam zacznę krążyć po tych wszystkich korytarzach to w szybkim czasie się zgubię.
- Tym się nie przejmuj, zaraz cię zaprowadzę do dyżurnych i oni cię oprowadzą. - Uśmiechnęła się promiennie, aby mnie uspokoić i zdjęła okulary, wkładając je do pokrowca. Podniosła się z krzesła i obeszła biurko dookoła. podchodząc do mnie.
- No to możemy iść póki trwa lekcja. Podczas przerwy będzie za duże zamieszanie.
Sprawdziłem czy wszystko mam i także wstałem. Kobieta otworzyła drzwi i puściła mnie przodem. Ruszyliśmy razem długim korytarzem, po czym skręciliśmy w prawo i szliśmy do momentu aż naszym oczom nie ukazał się stolik dyżurnych. Na miejscu od razu rzucił mi się w oczy czarnowłosy chłopak z grzywką opadającą mu na oczy. Obok niego siedziała drobna brunetka, bardzo ładna zresztą. Po ich uśmiechach można było wywnioskować, że byli w dobrych humorach. Gdy tylko do nich podeszliśmy, od razu ich wzrok padł na nas.
- Alex, to jest nowy uczeń. Prosiłabym cię bardzo, abyś go oprowadził po szkole.
- Oczywiście, już się robi.
- No to ja już się zabieram do swoich spraw, a ty Dominick, jakbyś czegoś potrzebował, to wiesz gdzie mnie szukać. - Zwróciła się do mnie, po czym odwróciła się na pięcie i zaraz zniknęła za zakrętem. Na początku zapoznałem się z dziewczyną siedzącą obok chłopaka - Amandą. Dopiero po tym Alex zaczął mnie oprowadzać po szkole.
     Na samym początku pokazał mi gdzie jest pokój nauczycielski, gabinet dyrektora, pielęgniarka i dentystka. Na pierwszym i drugim piętrze były same sale lekcyjne, oraz łazienki: damska i męska. W drugim skrzydle znajdowała się ogromna hala gimnastyczna, siłownia i sala do fitnessu. Idąc tak obok niego, czułem cudowną woń jego perfum przez co się zagapiłem i potknąłem o próg. Straciłem równowagę i poczułem jak lecę do przodu. Wiedziałem, że jak nic zaraz walnę z ogromną siłą w podłogę. Ku mojemu zdziwieniu spadłem, a raczej wpadłem, ale nie w podłogę, ale w czyjeś ramiona. Gdy otworzyłem oczy nie mogłem uwierzyć w to co się stało. On mnie złapał!
- Ej młody, uważaj jak chodzisz. - Usłyszałem za swoimi plecami jego niski ton głosu. Pomógł mi wrócić do pionu i posłał mi łobuzerski uśmiech.
- Przepraszam, zamyśliłem się.
- To lepiej nie rób tego częściej, bo następnym razem może ci nikt nie pomóc i nie tylko narobisz sobie przypału przed całą szkołą, ale też nabawisz się paru siniaków. - Pouczył mnie i zaprowadził do szkolnej tablicy ogłoszeń. Na niej były wywieszone wszystkie informacje dotyczące zastępstw oraz ogólny plan lekcji. Chwilę zajęło mu znalezienie mojej klasy gdzie akurat miałem lekcje. - Jak dobrze, wychowawcza. - Uśmiechnął się i ruszył schodami do sali 26, a ja podążałem za nim. Na miejscu zapukał i wszedł prosząc na chwilę nauczyciela. Później było to całe przedstawianie mnie klasie, ale zanim się obejrzałem, Alexa już obok mnie nie było.
    Po lekcji zostałem w sali żeby porozmawiać z wychowawcą. Powiedział mi parę rzeczy, o których zapomniała sekretarka i poprosił mnie o przyniesienie ocen z poprzedniej szkoły. Oczywiście obiecałem, że wszystkie potrzebne papiery doniosę. Dopiero gdy zadzwonił dzwonek, powiedziałem grzecznie "do widzenia" i wyszedłem z sali. Zaraz po moim wyjściu, do środka weszła klasa, która miała mieć tu lekcje. Osobiście ruszyłem już trochę mi znanym korytarzem w stronę wyjścia ze szkoły. Po drodze spotkałem opartego o ścianę Alex'a. Miałem już zamiar do niego podejść, gdy nagle właśnie w tym momencie radośnie podbiegła do niego śliczna brunetka. Od razu się do niego przytuliła, a ich usta złączyły się w głębokim pocałunku. Mruknąłem coś pod nosem i ruszyłem w ich kierunku. Rzuciłem przelotne "cześć" do chłopaka i wyszedłem ze szkoły. Pośpiesznym krokiem przeszedłem przez pasy i wszedłem w wąską, zacienioną przez drzewa uliczkę.
       Był środek wiosny, dokładnie to kwiecień. Drzewa były już pełne zielonych listków. Wiatr delikatnie rozwiewał moje blond kosmyki włosów w każdą stronę. W głowie znowu zaczęło się kłębić pełno niechcianych myśli. Od razu przypomniało mi się zerwanie z chłopakiem. Boże, rzucił mnie tak nagle! Ubzdurał sobie, że to było tylko zauroczenie. Z kamienną twarzą powiedział, że to koniec. Od tamtego dnia minęły już 4 miesiące. Dalej nie mogłem się pogodzić z tą myślą, że jestem sam, że nie mam do kogo pójść, przytulić się, wyżalić. Rodzice nawet nie mieli czasu zamienić ze mną dwóch zdań. Ciągle tylko praca, wyjazdy firmowe, delegacje, konferencje, nocne zmiany. Boże! Na pozór był ze mnie bardzo wesoły chłopak, wiecznie uśmiechnięty, gotowy pomagać każdemu na lewo i prawo. Dobrze wychowany, zawsze kulturalny, spokojny, wzorowy uczeń. Ale to tylko maska, maska, która zakrywała prawdziwego mnie. W głębi duszy byłem smutny, tak smutny, że aż wyłem w duchu ze swojej bezsilności. Jedynym pocieszeniem po powrocie do domu był mój pies - Aksel. Czekoladowy roczny labrador, zawsze radośnie merdający ogonem na mój widok. Szczęście w jego oczach aż przerażało, każdego potrafił zalizać na śmierć. Wreszcie dotarłem na miejsce. Wielki dom z pięknym ogrodem. Otworzyłem kluczykiem bramkę i wszedłem do środka. Od razu zrobiło mi się niedobrze na myśl, że będę musiał spędzić samotnie wieczór. Ruszyłem w kierunku budynku, który z każdym krokiem robił się coraz większy. Zatrzymałem się przy drzwiach, szukając klucza. Po dłuższej chwili otworzyłem drzwi i wślizgnąłem się do środka. Tak, zdecydowanie nienawidziłem tego domu. Po tej myśli, po schodach z góry na dół zbiegł mój kochany, cudowny, najpiękniejszy psiak. Od razu zaczął na mnie skakać, merdając ogonem i szczekając radośnie. To on utrzymywał mnie nadal przy życiu. Pogłaskałem go po głowie i zdjąłem trampki. Rzuciłem niedbale plecak w kąt korytarza i poszedłem do kuchni. Otworzyłem lodówkę, wyciągając z niej schłodzony sok jabłkowy. Napiłem się z gwinta i z powrotem włożyłem go do środka. Zmierzyłem jeszcze wzrokiem kuchnię, po czym ruszyłem schodami na pierwsze piętro. Tak, zdecydowanie wiedziałem, dlaczego tak bardzo nienawidziłem tego miejsca. Właśnie tutaj jeszcze zaledwie 4 miesiące temu przychodziłem tak często z moim byłym - Oliver'em. Nawet teraz, gdy szedłem cichym korytarzem w stronę swojego pokoju, słyszałem śmiechy. Śmiechy szczęścia, beztroski, zabawy. Boże, dlaczego ja nie potrafiłem o tym zapomnieć? Dlaczego nie mogłem normalnie żyć? Popchnąłem drzwi od pokoju i wszedłem do środka. Tak, zdecydowanie miałem teraz wszystko przed oczami.
      Na wielkim, dwuosobowym łóżku pod samym oknem siedziałem ja, ale nie sam, Był też tam i ON. Żartowaliśmy, nagle zapadła cisza, Chwilowy kontakt wzrokowy i... wylądowałem pod nim. Oparł ręce  po obu stronach mojej głowy, a nasze oczy się spotkały. Tak, to właśnie był ten dzień, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Chwilę tak nade mną wisiał bez słowa, po czym stało się... tak... właśnie to się stało. Pocałował mnie. Boże, on mnie pocałował! To było takie ekscytujące. Po krótkiej chwili jednak się odsunął, chyba zauważył moje zakłopotanie. Przeprosił za swoje zachowanie i usiadł na drugim końcu łóżka.
    Otrząsnąłem się dopiero po kilku minutach. Cały obraz zniknął i spojrzałem już na pusty pokój. Westchnąłem. Podszedłem do biurka i przejechałem po jego zdjęciu. Tak, mimo iż nie byliśmy już razem, ja nie potrafiłem go nigdy zapomnieć. Nie potrafiłem wyrzucić po prostu tej fotografii. Wiele razy próbowałem, ale skończyło się tylko na tym, że pogniotłem zdjęcie i rzuciłem nim w ścianę. Jednak za każdym razem je podnosiłem, za każdym razem je prostowałem i wieszałem w to samo miejsce. Zdjąłem bluzę i opadłem bezwładnie na łóżku. Właśnie w takich chwilach chciałem mieć amnezje. Nawet nie wiedząc kiedy, po prostu moje oczy się zamknęły, a ja zapadłem w głęboki sen. Śnił mi się przyjazd do dziadków na zeszłoroczne wakacje. Tak, to był czas błogi i beztroski. Zabrałem JEGO ze sobą, czyli jak miało coś nie wyjść? Dziadkowie mieli nieduży domek niedaleko jeziora. Właśnie tam wymykałem się w nocy z Oliver'em. Ten sen był taki realistyczny, miałem wrażenie, że znowu tam jestem. Pewnie... miałem wrażenie.
    Obudziłem się dosyć spokojnie, bez gwałtownego zrywu, Byłem przyzwyczajony do takich snów. Miewałem je praktycznie co dwa dni od momentu rozstania. Obok łóżka stał już wierny mi stróż - Aksel. Zrobił dwa obroty i zaszczekał. To był znak, że pora wyjść na spacer. Poklepałem go po głowie i wstałem z łóżka. Włożyłem wcześniej zdjętą bluzę na ramiona i spojrzałem w lustro. Moje włosy aż wołały o pomstę do nieba. Zaśmiałem się i wyciągnąłem grzebień z szuflady. Uczesałem się i praktycznie byłem gotowy do wyjścia. Na dole włożyłem trampki i zapiąłem smycz dla psa. Wyjrzałem za okno. Na zewnątrz była ładna pogoda. Słońce w pełnej okazałości wisiało na niebie, muskając swoimi promieniami moją twarz. Zamknąłem za sobą drzwi i wyszedłszy przez furtkę, ruszyłem w stronę parku dla zwierząt. Lubiłem tu przebywać. Na samym środku parku było nieduże jeziorko, w którym psy uwielbiały pływać. Nieopodal niego znajdował się tor przeszkód dla psów.           Która w ogóle była godzina? Wyciągnąłem z kieszeni telefon i spojrzałem na ekran. No tak... 14:37. Musiałem nieźle przysnąć, gdyż do domu wróciłem koło 11. O tej porze było tu cicho i spokojnie. Zazwyczaj ludzie ze swoimi czworonogami przychodzili tu rano albo wieczorem. Spuściłem Aksel'a ze smyczy, a sam ruszyłem w stronę ławki. Za chwilę do mnie przybiegł rozradowany psiak, trzymając w zębak gumową piłkę.
- Skąd ty to wziąłeś? - Spytałem, patrząc na niego zdziwiony. - Ale dobra, nie ważne. - Gdy już puścił ją obok mojej nogi, podniosłem i rzuciłem na daleką odległość.
- Ładny, to twój? - Usłyszałem nagle za swoimi plecami ten niski ton głosu. Odwróciłem się nagle i zobaczyłem nie kogo innego, ale właśnie Alex'a. Ale co? Gdzie? Jak? O tej porze? To już skończył lekcje? Nie ważne...
- Em... tak.
- Jak się wabi?
- Aksel. - Na samo wymówienie tego imienia, on w mgnieniu oka był przy mojej nodze z piłką w zębach.
- Jaki posłuszny. - Zaśmiał się i podrapał go za uchem. Dopiero teraz zauważyłem jaki ładny ma uśmiech. Nie oszukujmy się, ale on był przystojny. Gdy po raz pierwszy go zobaczyłem, zamurowało mnie. Był to ten typ chłopaków, który mi się podobał. Z wyglądu typowy buntownik. Ale tą twarz skądś kojarzyłem.... Ach tak... Oliver. Dopiero teraz zauważyłem, że był do niego łudząco podobny.
- W końcu starałem się go wychować jak należy. - Wyszczerzyłem się. Tak, ale znowu ten uśmiech był naciągany. - A ty co w ogóle tu robisz?
- Przechodziłem obok i zauważyłem znajomą twarz. - Ach tak, przecież to logiczne. A ja już sobie wyobrażałem, że mnie śledził lub coś w tym stylu.
- Więc pewnie mieszkasz niedaleko?
- Można tak powiedzieć. Dwie ulice stąd jest mój dom. Obszedł ławkę naokoło i usiadł obok mnie. Ten zapach. Boże, jak on ładnie pachniał. Aż w głowie mi się zakręciło od jego mocnej woni perfum.
- Ładną masz dziewczynę. - Rzuciłem ni z tego, ni z owego. Tak nagle. Głupek! Nigdy nie panowałem nad tym co mówiłem, zawsze musiałem strzelić jakimś głupim tekstem w nieodpowiednim momencie.
- Dziękuję.
- Chodzi do naszej szkoły?
- A co ty taki ciekawski? - Zaśmiał się dźwięcznie i szturchnął mnie ręką. Tak, nawet ten śmiech, nawet on był podobny do NIEGO. Ale Dominick, otrząśnij się. Nie porównuj każdego poznanego chłopaka do swojego byłego. To dwie różne osoby, dwa światy.
- Masz rację, nie powinienem się o takie rzeczy pytać.
      Naszą rozmowę przerwał niestety dzwonek mojego telefonu. A może nawet to i lepiej. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni i nacisnąłem zieloną słuchawkę.
- Słucham?
- Dzień dobry Dominick. Z tej strony sekretarka twojego ojca. Prosił mnie, żebym ci przekazała, że zapomniał ważnych papierów z domu. Chciałby żebyś je mu dostarczył. - Świetnie, nawet do własnego syna nie potrafił zadzwonić, tylko wysługiwał się swoją sekretarką.
- Rozumiem, ale ja jestem teraz poza domem i najwcześniej mógłby je przywieźć za pół godziny. - Starałem się być miły. W końcu co ona zawiniła? To mój ojciec nie potrafił zachować się normalnie. Ona po prostu wykonywała jego rozkazy. W końcu taka była jej praca.
- Dobrze w takim razie poproszę kogoś żeby do ciebie wyszedł i odebrał dokumenty. Nie będziesz się musiał fatygować na czwarte piętro. - Pożegnała się grzecznie i po chwili w słuchawce nastąpił ten dźwięk. Dźwięk zakończonej rozmowy. Schowałem komórkę z powrotem do kieszeni i spojrzałem przepraszająco na towarzysza.
- Wybacz, ale muszę się już zwijać. Ojciec zapomniał czegoś ważnego z domu i muszę to szybko jemu dostarczyć. - Tak, wytłumaczyłem się. Miałem tylko ogromną nadzieję, że zrozumie i nie będzie myślał, że chciałem się go pozbyć.
- Rozumiem, jak chcesz to mogę cię odprowadzić.
- Nie trzeba. - Rzuciłem przelotnie i zagwizdałem na psa, który beztrosko tarzał się w trawie.
- No jak chcesz, no to do zobaczenia. - Odpuścił, a ja zapiąłem psu smycz i pomachałem jeszcze chłopakowi na pożegnanie, po czym wolnym krokiem ruszyłem w stronę domu.
       Gdy znalazłem w końcu potrzebną tą teczkę, schowałem do plecaka i jeszcze przed wyjściem nakarmiłem Aksel'a. Na szczęście zdążyłem jeszcze na autobus o 15:40. Na szczęście przystanek był niedaleko firmy, więc tam też wysiadłem. Minąłem kilka budynków, przeszedłem przez pasy i byłem na miejscu. Przed wejściem stał mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany, w granatowym garniturze. Od razu go rozpoznałem. To był jeden z pracowników ojca. Podszedłem szybkim krokiem i wyciągnąłem teczkę, podając mu ją.
- Jak dobrze, że tak szybko się uwinąłeś. Zaraz ma przyjechać ważny klient i martwiłem się, że nie zdążysz na czas. Bardzo ci dziękuję. - Posłał mi szczery uśmiech. Dlaczego wszyscy z jego firmy byli tacy mili, a on jako wyjątek nie?
- Nie ma sprawy. - Podaliśmy sobie dłoń i tak jak się szybko pojawił, tak też szybko zniknął za wielkimi, szklanymi drzwiami budynku.
    W drodze do domu wstąpiłem jeszcze do sklepu po colę i popcorn. Miałem ochotę obejrzeć dziś jakiś fajny film. Zazwyczaj oglądałem je z Oliver'em, ale od kiedy byłem sam, musiałem tak też oglądać filmy. Ale spokojnie Dominick, nie denerwuj się. Przestań o nim już tak myśleć. Nie ma go i nie będzie, a nawet jakby chciał wrócić, to masz go odrzucić. Po tym co ci zrobił, nie zasługuje na wybaczenie. Pewnie, a żeby to było takie łatwe. Miałem mętlik w głowie. Natłok informacji, których chcieć nie chciałem, a mieć miałem. Pod domem mnie zszokowało. W salonie paliło się światło. Czyżby? Czyżby wrócili wcześniej? Wszedłem do domu i nawet nie rozbierając się, od razu poszedłem do salonu.
- Co wy tu robicie? - Zapytałem zszokowany patrząc, to raz na matkę, to raz na ojca.
- Chyba znowu zapomniał. - Pan dom przewrócił teatralnie oczami, patrząc na żonę
- Twoje urodziny synku. - Jak gdyby nigdy nic, podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła. Już nawet zapomniałem jakie to uczucie, gdy przytula cię rodzic. Ale co? Urodziny? Ale przecież.... 10 kwietnia... TO DZIŚ?!
- A ty nie miałeś mieć dzisiaj jakiegoś spotkania? - Zwróciłem się do ojca i starałem się wyślizgnąć z objęć matki. Tak, wreszcie mi się udało.
- Miałem mieć i miałem, ale poszło dość szybko więc skończyłem wcześniej. - Wow! On skończył wcześniej! Gdzie jest mój kalendarz? Muszę to zapisać.
- Dobra idź się rozebrać, a ja pójdę wyciągnąć skrzydełka z pieca. - Uśmiechnęła się i pocałowała mnie w policzek. Ale czy ja się przesłyszałem? Czy ona właśnie powiedziała, że coś ugotowała? Czy to były skrzydełka? Nie, nie mogłem w to uwierzyć, ale poszedłem się rozebrać. Rzuciłem plecak w kąt korytarza i wróciłem z powrotem do salonu.
        Kolacja minęła w dość dobrym humorze. To aż dziwne. Było tak lekko, żartowaliśmy, zupełnie jak kiedyś. Oczywiście po zjedzonym posiłku dostałem prezent. Od razu się zabrałem za rozpakowywanie go. Był dość ciężki więc leżał na podłodze, a ja ostrożnie nożyczkami przeciąłem wstążkę i zabrałem się za papier. Kilka sprawnych ruchów, a moim oczom ukazało się... pudełko.
- Boże, nie wierzę, że mi je kupiliście! - Krzyknąłem uradowany. Tak, zdecydowanie teraz byłem cholernie szczęśliwy. Już nawet zapomniałem o tym jak bardzo mieli mnie gdzieś przez ostatni rok.
- A jednak. Twój ojciec nieźle musiał się namęczyć jeżdżąc po wszystkich sklepach RTV i AGD,
żeby trafić na twoje wymarzone głośniki. - Widać było, że się postarali. Choć ten jeden raz, ten jedyny raz mogłem się nacieszyć ich zainteresowaniem.
- Naprawdę dziękuję wam, ale czy mógłbym już iść je podłączyć? - Zapytałem entuzjastycznie, patrząc na nich błagalnym wzrokiem.
- Pewnie, ale może potrzebujesz pomocy?
- Nie dzięki, poradzę sobie. - I tak właśnie było. Poradziłem sobie. Wziąłem w dwie ręce pudło i poszedłem z nim do swojego pokoju.
         Na początku odłączyłem stare głośniki i postawiłem je na samym dole w szafie, dopiero później zabrałem się za rozplanowanie gdzie postawię nowe. Dopiero po godzinie udało mi się wszystko ustawić. Byłem zadowolony. Nie... Byłem cholernie zadowolony. Wreszcie przyszedł czas na wypróbowanie ich. Zasiadłem w swoim fotelu na kółkach i odpaliłem komputer. Rozluźniłem się. Lubiłem takie wieczory. Beztroskie i spokojne. Nacisnąłem na plik "muzyka", po czym wybrałem gatunek, wykonawcę i piosenkę. Podkręciłem trochę głośność i wsłuchałem się w cudowne brzmienie piosenki Anathema - Anyone, anywhere. Zacząłem po cichu nucić jej słowa. Dopiero gdy się skończyła, wstałem od komputera i poszedłem do łazienki. Miałem ochotę na gorącą kąpiel. Napuściłem do wanny ciepłej wody i dolałem płynu czekoladowego. Przekręciłem kluczyk w drzwiach i zacząłem się rozbierać. Spojrzałem na siebie w lustrze. Wyglądałem źle, nie oszukujmy się. Sama skóra i kości, ale nie ma co się dziwić. Po rozstaniu przestałem praktycznie jeść. Do tego doszedł stres w szkole. Zamrugałem kilka razy, a po policzku spłynęło parę łez.
- Dominick, przestań, nie marz się, nie jesteś już dzieckiem. - Powiedziałem na głos do lustra i wytarłem oczy. Uśmiechnąłem się sztucznie i powoli wszedłem do wanny. Zanurzyłem się cały. Leżałem tak... nawet nie wiem jak długo. Woda robiła się coraz zimniejsza, ale to nie przeszkadzało mi tak bardzo. Wszystko naokoło zaczęło się rozmazywać, było  takie niewyraźne, pole widzenia zawężało się, aż w końcu nastała całkowita czerń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz